Zeschizowane Melodie

( przy współpracy z piszącym to Gonzem )

przedstawiają

Postacie z bajek Warner Bros. w opowiadaniu pt.

“ Uciechy życia w lesie, mieście i na pustyni”

 

Część III – Pustynia

Gdzieś daleko za oceanem była pewna pustynia. Pustynia, tak, była to, jak już chyba powiedziałem, pustynia. To, co ją odróżniało od innych pustyń było to, że była ona prawie niezamieszkana. Zdziwicie się pewnie czemu była niezamieszkana. Nie dlatego, że była to pustynia, brak wody, piasek, Kali, lwy, Staś, Nel, Smurfy... kurwa, to nie ta bajka, przepraszam. Kiedyś obszar ten był zamieszkany przez wiele osób. Ale jakiś debil wpadł na pomysł, aby w tej bajce umieścić postać Kojota. Tak, Kojot, niby normalna postać, ale było w nim coś dziwnego. Kojot nie był normalnym kojotem, ponieważ miał lekkie skrzywienie – był nekrofilem (o, tak kochanie, to lubię!). A był do tego bardzo brutalny. Od razu zajął się miasteczkiem...

Zaraz, na samym początku swego pojawienia się w bajce, wrzucił burmistrza do kwasu i powiedział “Całe szczęście, że twoja matka nie żyje, bo truła by mi dupę, że cię rozpuszczam”. Następnie zabrał się za jego żonę. Po pięciu minutach w jej ciele znajdowało się kilkadziesiąt noży, widelców, nożyczek, szpilek itd. Piękny widok... Kojot zrobił sobie przy tym nawet zdjęcie i wsadził do albumu zaraz obok zdjęcia jego pierwszego pedała i pierwszego stosunku nekrofilskiego z ciałem jego dziadka. Gdy załatwił burmistrza, zaczął po kolei zabijać kolejnych mieszkańców miasteczka. Kowala zajebał kowadłem, piekarza upiekł na świeżą, chrupiącą, smaczniutką bułeczkę i zjadł na śniadanie z masełkiem i serkiem spodlaskim (produkowanym przez farmera, który nieczęsto się mył). Resztę mieszkańców zabił również w wyrafinowany sposób. Gonił ludzi z siekierą, przejeżdżał czołgiem, kastrował, a potem nabijał na pal, wsadzał granaty do dupy i zabetonowywał odbyt itp. Ale po pewnym czasie oświeciło go (wcześniej uznawał tylko antyk, czasami średniowiecze): przecież jak będzie zabijał ludzi w taki sposób, że nie będzie zostawało z nich nic, to jak będzie sprawiał sobie ulgę ich ciałami ? Wtedy się opanował i na razie przestał zabijać. Ludzie się ucieszyli, choć zostało ich w wiosce jedynie ok. 50 osób. Kojot pomyślał, że na razie przystopuje, a jak ludzie zapomną o jego wyczynach, zajebie ich wszystkich tak, że nawet się nie spostrzegą, a i ciała zostaną w dobrym stanie. Postanowił otworzyć jakiś interes.

Założył cmentarz i zakład pogrzebowy o milutkiej nazwie “El Nekrofilio”. W budynku pogrzebowym nieźle prosperował bar sałatkowy i schronisko dla psów (całe szczęście dla psów, że Kojot nie był zoofilem, jak ten pierdolony w dupę jechany przez pociąg ciągnący laskę każdemu frajerowi na ulicy pracujący w najgorszym leśnym burdelu liżący się z drzewami i kamieniami Gargamel, skurwysyn jeden, kopa mu, bucowi!). Kojot idealnie przygotowywał każdy grób. Typowy grobowiec był stylizowany na sypialnię lat 70-tych, z obszerną łazienką i przedpokojem. Ludzie dziwili się, czemu nie zrobi normalnych grobów, tylko bawi się w takie gówna. Kojot tłumaczył się, że chce, aby jego cmentarz był najwygodniejszym miejscem spoczynku. Nic nie wspomniał o tym, że zaraz po pogrzebie będzie pakował trupowi w co się da i lubi do tego wygodę. Tak więc założył cmentarz i zaczął rozkręcać interes.

Na początku nie wiodło mu się najlepiej. Klientów miał mało. Czasem sam musiał robić ciche wypady do niektórych osób w nocy, aby na następny dzień rodzina odwiedzonego ustaliła datę pogrzebu. Czasem ktoś sam chciał umrzeć, więc popełniał samobójstwo i z głowy. Ale był ktoś, dzięki któremu Kojot nie splajtował. I nie był nim Struś Pędziwiatr (o którym dopiero za chwilę, więc odpierdolcie się od niego, biedny ptaszek...), tylko... Antonio Banderas grający w filmie Desperado. Tak, dzięki cudownym mocom dwa światy, filmu i bajki, połączyły się, aby Antonio jako El Mariachi mógł zostać dostawcą świeżych trupów do zakładu pogrzebowego Kojota. Kojot cieszył się jak cholera, bo Antoś wiedział jak zabijać ludzi i nigdy nie masakrował ciał, więc Kojot miał pole do popisu i zręcznie machał języczkiem.

Któregoś dnia, jak zwykle tego dnia tygodnia, przed zakład pogrzebowy Kojota zajechał czarny samochód. Wyskoczył z niego koleś ubrany na czarno. Tak, to był Antoś. Zaczesał swoje bujne włosy, dał kilkanaście autografów, dwa koncerty gry na gitarze i poszedł do właściciela cmentarza.

Wyszli. Było południe. Skwar doskwierał (o ja pierdole, ale beznadziejny opis...). Antonio otworzył bagażnik, gdzie leżało 6 ciał.

Przeklinając i połykając resztki kału począł Kojot wnosić ciała do środka. Jak się umył, posegregował ciała i zaniósł je do odpowiednich grobów. Tam zabrał się za każdego. Trzeba zauważyć, że kojot najbardziej lubił pakować o oczodoły. Ale zdarzało się czasami, że zaklinował się. Wtedy wypowiadał sakramentalne “Utknąłem w martwym punkcie” i próbował wydostać kutasa z niego. Jeśli miał dobry stosunek z czaszką, wtedy raczył się stwierdzeniem “Czacha dymi”. I tak walił tekstami na lewo i prawo, a niektóre były tak beznadziejne, że szkoda nawet ich cytować...

Po paru dniach Kojot zauważył, że źle zrobił zabijając Banderasa, ponieważ nikt nie przywoził już mu trupów. Wtedy wybiła godzina X – zabicie całego miasta. Wziął pistolet i poszedł w nocy zastrzelił wszystkich, gdy spali lub się rżnęli. Ciała zanosił do grobów i mógł sobie sprawiać ulgę przez wiele tygodni. Ale wiele tygodni też się w końcu skończyło i Kojot nie miał już nikogo, kogo mógłby zabić. Przepraszam, była jeszcze jedna osoba.

Jak zapewne wiele osób podejrzewa, osobą tą był Pędziwiatr (brawo, wygraliście tygodniowy pobyt w pokoju w zakładzie pogrzebowym “El Nekrofilio”, szczęściarze...). Kojot nigdy nie gonił Strusia, ponieważ był on za szybki, ale teraz, gdy Pędziwiatr został jedyną żywą, oprócz Kojota, postacią w tej bajce, musiał zacząć go gonić.

Co on nie robił, żeby go złapać. Chcę zauważyć, że niektóre pułapki na Strusia, które tu chciałem opisać, zostały wcześniej wykorzystane w serialu animowanym, więc nie mogę ich tutaj opisać, więc wymyślę inne (no, może podobne do tych z serialu, ale zawsze jakieś).

Raz zaczaił się na Strusia nad skałą ze zlewozmywakiem, ponieważ chciał spuścić go na biednego ptaszka. Jednak Struś, jak zwykle, przebiegł pod skałą za szybko i zlewozmywak odbił się od asfaltu i spadł na Kojota (chujowy jakiś był ten asfalt). Innym razem z kolei wymieszał ziarno z kulkami metalowymi i zostawił je na drodze, aby Struś je zjadł. Pędziwiatr przybiegł, zjadł i zdupcył dalej. Wtedy Kojot wyjął zestaw “Małego Fizyka”, zrobił podręczny magnez z przewodnika, podpiął do lokalnej sieci elektrycznej i przyciągnął Strusia. Był niezmiernie ucieszony, ale to była przedwczesna radość, ponieważ zaraz zaliczył Gwiazdą Śmierci z filmu (tak dla niekumatych podaję) Star Wars (Jurcusiu Lucas, wybacz). Jeszcze wiele razy próbował, ale nigdy nie udało mu się złapać Pędziwiatra. W końcu pewnego dnia się poddał. Poszedł do jednego z ładnie urządzonych grobów, ostatni raz pogrzebał sobie w dupie kością i strzelił sobie w łeb.

Następnego dnia Struś był trochę zdziwiony, że Kojot go nie goni. Zaryzykował i popędził do zakładu pogrzebowego i zobaczył w jednym z grobów martwego Kojota. I wtedy stało się – po raz pierwszy mu stanął. Okazało się, że też jest nekrofilem, choć sam o tym nie wiedział. Zabrał się za marne ciało Kojota i dobrze się nim zaopiekował. Potem poprosił mnie, abym stworzył mu kolejne miasto. Tak zrobiłem i Struś, tak jak Kojot dwie strony wcześniej, zaczął zabijać tylko po to, aby ulżyć sobie co noc.

Biedny Kojot, wystarczyło mnie poprosić, a też stworzyłbym mu nowe miasto. No cóż, do jednych się szczęście uśmiecha, do drugich przyjeżdża teściowa. O kurwa, ale beznadziejny tekst na koniec bajki. Pierdole, nie chce mi się tego zmieniać...

Koniec